Cóż to był za lipiec! 2017

Pozostałe posty z serii znajdziecie TUTAJ.
Been tellin’ co u mnie since 2014.

Lipiec to jest taka cicha woda wśród miesięcy. Niepozorny. Nie ma literki R, więc nikt nie bierze go na poważnie pod uwagę (za to Tomasz umie wymówić jego nazwę).
Wtłoczony pomiędzy dwa giganty: czerwiec – kiedy wszystko się chce, bo zaczyna się lato, a sierpień – kiedy musi się wszystko chcieć, bo lato się kończy i zaraz będzie za późno. Wydaje się, że z takiego miesiąca to już nic nie będzie, w końcu kiedyś trzeba odpoczywać.

Okazało się, że osądziłam go zbyt pochopnie, a wyspać to się wyśpię – ale może po śmierci. Bo na pewno nie w lipcu.
Trylogii letniej część II, zapraszam.

nocny targ towarzyski poznań
nocny targ towarzyski poznań


Najbardziej spodziewana niespodzianka tego roku

Wolę nie roztrząsać, czy gdybym sama od miesiąca nie mówiła wprost, że byłoby miło, gdyby Tomasz zorganizował przyjęcie niespodziankę na moje urodziny – to czy ono faktycznie by się odbyło?
Czy gdybym nie pokazała palcem, który hipsterski sernik chcę, to czy faktycznie wyczytałby mi w myślach, że ma być słony karmel od Ciuciu Paj?
(Przyznam teraz, że specjalnie tak kroiłam, żeby wyszło więcej kawałków niż gości. Gość w dom, bóg w dom – ale kawałek sernika na urodzinowe śniadanie zostawić trzeba!)

Wiadomo więc, że się spodziewałam gości. Pytanie brzmiało nie tyle: czy ile: we wtorek czy w środę?
I: kupić arbuza na 4 czy na 8 osób?

You know nothing, Ela Nieśmigielska.
Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło. I kiedy myślisz, że już są wszyscy i lepiej być nie może – kolejny raz ktoś puka do drzwi. I kolejny raz nie wierzę, kogo widzę.

Dwadzieścia kilka osób w wieku od 0+ do 30+ i nawet nie zwinęli się po godzinie, mimo że nie było gdzie siedzieć, a na jednego gościa przypadało 0,75 papierowego talerzyka? Przyjechali w środku tygodnia na daleki Grunwald tylko dlatego, że miałam urodziny?

Już wtedy brakowało mi słów, ale miesiąc później wcale nie jest lepiej.

Jak Tomasz to zrobił? Okazuje się, że całkiem zwyczajnie:
po prostu napisałem do wszystkich i wszyscy przyszli.

Nie dodał: nie wziąłem pod uwagę, że nie mamy tylu krzeseł ani talerzyków, ani nawet, że została jedna rolka papieru toaletowego na tyle osób.

PS: zdjęcia zawdzięczam Tomaszowi i Kindze Madro (która dała radę nikonem, mimo że na co dzień jest canonem. Brawo!). Dziękuję!


webp-net-gifmaker


















Hokus pokus, czary mary – jest kot czarny, a był szary!

Wprowadzenie dla nowych czytelników: Ela ma kota, który jest pełnoprawnym bohaterem tego cyklu. Kot jest szary.
Więc wyobraźcie sobie, że któregoś dnia wrzucam na facebooka zdjęcie kota – ale czarnego. Co myślicie?

Co innego zobaczyć w internecie i dać lajka – nie takie rzeczy się fotoszopuje – a co innego zobaczyć czarnego kota u nas w domu na żywo. Dopiero wtedy goście z pewną taką nieśmiałością pytają: przefarbowaliście?

Hola, hola. Czy my naprawdę wyglądamy na takich, co przefarbowaliby kota, żeby urządzić sobie trolling w internecie?

Żeby zrozumieć, co się stało, musimy się cofnąć do lipca 2009 roku. Wtedy na świat przyszli (między innymi, ale tylko ta dwójka miała szczęście być zaklepanym): Kejter i Niger.
Nie wiem, co ja miałam w głowie biorąc sobie na głowę kota do wynajmowanego mieszkania na drugim roku studiów, ale przynajmniej nie byłam z tym sama – bo Dominika, która z nami wtedy mieszkała, dwa tygodnie później wzięła Nigera.
Koty razem dorastały, razem były kastrowane, zwalały na siebie wine za obsikanie butów, srały do jednej kuwety – a potem Niger poszedł na swoje, Kejter na swoje i tylko czasami, kiedy jest potrzeba, zajmujemy nimi nawzajem.

I w tym cały wic. Niestety nie doszło do braterskiego reunion, bo akurat Kejter spędzał lipiec u dziadków w Płocku.

Nikt mi nie powie, że zwierzęta nie mają charakteru. Niger zawsze był spokojniejszy, odważny inaczej; pierwsze dwa dni przesiedział pod łóżkiem.
Kejter… no cóż. Powiem tylko tyle: myślę, że gdyby Kejter był w domu w moje urodziny, to Tomaszowi nie udałoby się sprosić tylu gości.


Śluby – check!

Komunia – check!
Chrzciny – check!

Do portfolio brakuje mi już tylko relacji z pogrzebu, ale jakoś nie namawiam. Bez presji.

Nieustająco przypominam, że warto mnie wynająć jako fotografa, bo nie tylko umiem w zdjęcia, ale też w noszenie dzieci na rękach i pozwalanie im się ślinić. A im bardziej one płaczą, tym bardziej pozwalam się ślinić. A Michalinie to już w ogóle.

fotograf poznań









Jest miejscowość Płock i jest Mały Płock (podlaskie). I dla nas lipcowy wypad do rodziców był takim Małym Płockiem. Za krótko, żeby pojechać na działkę. Ale w sam raz, żeby dwa kilo weszły w biodra.

Spoiler: Wielki Płock będzie w podsumowaniu sierpnia. Będzie grubo, bo będzie działka. TA działka.




W tym roku po raz pierwszy w historii przestałam nadążać: co, gdzie, kiedy na mieście.
Jeszcze rok, dwa lata temu wystarczyło raz w tygodniu usiąść i przejrzeć na facebooku kilku miejscówek, które mnie interesowały, zanotować w kalendarzu tych kilka wydarzeń, które mnie interesowały, wybrać tych kilka, na które chciało mi się wyjść z domu (zazwyczaj ⅓ z zapisanych) – i gotowe – wysoki poziom życia kulturalnego zapewniony.
W tym roku po raz pierwszy nie ogarnęłam tej kuwety.
W związku z tym skupiłam się nie na: gdzie, ale: z kim. Na lipiec zapowiadali wysoki współczynnik grillowania i w związku z tym 3,5 weekendu z pięciu przeleżałam na kocu, z którego wstawałam tylko po to, żeby sobie dołożyć kaszanki. Nawet w deszczu.

Wyszło jak w polityce: ciągle te same twarze.
Ale nie szkodzi, bo nie zamieniłabym ich na żadne inne.













Nie wiem do końca, jak było w reszcie kraju, ale posłuchajcie jak Łańcuch Światła wyglądał w Poznaniu.

Spotykaliśmy się spontanicznie i codziennie przez cały tydzień, rain or shine. Flagi inne niż Polski i UE zostały w domu.
Głos miał każdy, kto nie był politykiem i nie przyjechał nachapać się poparcia
U nas nie było szańców, bohaterów, opozycji. Nikt nikogo nie szarpał. Nie było buczenia, nie było hejtu.

Było wielkie morze światełek o 21:50 i ręka omdlewająca od trzymania telefonu z włączoną latarką. A pierwszego spontanicznie odśpiewanego hymnu nigdy nie zapomnę.

Chodziłam na protesty, bo już żyję w państwie, w którym rząd robi z prawem co mu się podoba. A to, co mu się nie podoba – rozjeżdża jak walec.
Chodziłam, bo nie chcę się obudzić w państwie, w którym za światopoglądowe lewactwo wyląduję w więzieniu.
Chodziłam, bo przeraża mnie ciche sprzyjanie przez władzę organizacjom, które nie wstydzą się, że hajlują.
Chodziłam, żeby nie musieć wymyślać wymówek, jak kiedyś dziecko mnie zapyta, gdzie wtedy byłam.

FYI: mój tatuś nie pracuje w sądzie, a jedyny przelew jaki ostatnio dostałam zza granicy, to jak bank zwrócił nam zablokowaną kwotę z wypłaty z bankomatu, do której nie doszło, w Buenos Aires.













Powinnam włączyć do portfolio nową usługę:
elzbieta.niesmigielska.com fotografia okolicznościowa i wygrywanie konkursów.
Moja ulubiona anegdotą lipca jest historia o tym, jak uczestniczyłam w powstawaniu zdjęcia, które wygrało Arturowi roczny zapas makaronu, z którego i nam trochę skapnęło.

Ma ktoś jeszcze jakiś konkurs do wygrania? Skuteczność 100%, a biorę tylko 10% od wygranej.







Coroczny grill poznańskich blogerów podróżniczych tym razem ze względu na pogodę odbył się przy piwie i pod dachem, ale za to w jakim składzie! Tylu nas jeszcze nie było. I nawet nie chodzi mi o to, że ostatnim razem Ania i Luiza były w ciąży, a teraz już nie są.
Miło (chociaż krótko!) było po raz drugi poznać Agnieszkę i Martę, no i z przyjemnością donoszę, że na łono Poznania wrócili Zosia i Ruben, znacie ich (i lubicie, mam nadzieję, zwłaszcza po tekście na temat odpowiedzialnego podróżowania) z Everyday Routes.

A gdybym nie wstydziła się zaproponować zdjęcia grupowego, to znalazłyby się na nim też Kinga i Ania. I Tomasz. I ja.

Najfajniejszy letni ogródek w Poznaniu? Ministerstwo Browaru / Minister Cafe na Ratajczaka. To tak żebyście wiedzieli.






Śliczne dziewczyny w sukienkach, lawendowe ciastka, angielski piknik i wianki we włosach? Życie to nie jest bajka (ani pinterest), ale dzięki grupie #wspódnicy, jaką stworzyła Klaudia – trochę może być.
Dodam do tego aparat, który dopiero co wrócił do mnie z naprawy i mamy już 5x TAK, żeby zrobić mini sesję dziewczynom na spotkaniu w Poznaniu.

Pst, a jeśli zajrzycie do tego wpisu, to na końcu znajdziecie ode mnie niespodziankę!













Wszyscy wiemy, że Maciej urządził grilla tylko w jednym celu: żebym zrobiła zdjęcia trawnika, wrzuciła je na bloga i zbierała dla niego pochwały w komentarzach.
Macie Państwo przed sobą najbardziej zadbany trawnik w całej gminie. Wiecie co z nim zrobić.

Trawnik to jedno. Grill to drugie. Zabawa to trzecie.
Jak podobno mówi tata Ani: przynajmniej raz do roku trzeba się porządnie sponiewierać. Niektórzy z nas mają już z głowy.

Ja niestety zaczęłam za późno, za dużo zjadłam, a za mało rodzajów alkoholi zmieszałam, więc zostałam z Arturem po szarej stronie tęczy – w przeciwieństwie do reszty. Niemniej, jak didżej puszcza Alexandra Marcusa to nie będę siedziała za stołem, nie?

Co działo się w Przeźmierowie, zostaje w Przeźmierowie. Ale na miejscu Artura ja już bym jego skarpetek nie założyła.











Rok temu o tej porze wymądrzałam się na temat tego, jak wspaniale na organizację czasu robi lista letnich aktywności. W tym roku odszczekuję, bo lista – listą, ale nikt za mnie dupy nie ruszy, żeby punkty się odhaczyły.
Do parku linowego wybieram się (od roku) dosłownie w każdym tygodniu. Często można ode mnie usłyszeć, że idę tam jutro. Niestety, do tanga potrzeba nie tylko dwojga, ale i pogody, a to już trochę za dużo zmiennych.

W lipcu udało mi się:
– pójść do Muzeum Sztuk Użytkowych – check! (we wtorki za darmo)
– obejrzeć dokładniej rzeźby w Visual Parku na Strzeszynku – check!
Nie udało mi się: 10 innych rzeczy.

Powiem tylko, że sierpień dobrze rokuje. No i jutro to już na pewno pójdę do parku linowego.

Na mojej liście nigdy nie ma wykąpania się w jakimkolwiek zbiorniku wodnym. Ja się niewielu rzeczy brzydzę: często nie myję rzodkiewek, a jak mi coś pysznego spadnie na ziemię, to podniosę i zjem. Ale za dobrze pamiętam, gdzie chodziłam do łazienki jak byliśmy nad jeziorem, żebym kiedykolwiek z własnej woli weszła do wody. No chyba, że w [spoiler] w poszukiwaniu zgubionej obrączki Tomasza [/spoiler].





Tego weekendu, którego nie spędziliśmy w mieście, spędziliśmy (razem z reszta tygodnia) za kołem podbiegunowym.
Pierwszy wpis z lofockiej serii już na blogu – o, tutaj. Suche widoki i piękne rymy (albo odwrotnie).

A następne podsumowanie miesiąca już niedługo. Z sierpniem nie ma żartów.