Dolomity dynamity cz. II

Zanim ostatecznie polecę Wam dolomity na weekend, będzie refleksja! Z grubej rury, na temat odpowiedzialności. Nie takiej globalnej odpowiedzialności, świadomego podróżowania, szacunku dla lokalnych tradycji – to nie ten blog.
Odpowiedzialności płytkiej, blogerskiej, z gatunku problemów pierwszego świata.

Otóż nie wiem, jak Wam, ale mi się zdarza z wywieszonym jęzorem szukać biletów w jakieś miejsce, tylko dlatego, że przeczytałam fajny post na blogu podróżniczym. Zdarza mi się całkiem serio myśleć, że moje życie straci sens, jeśli tam nie pojadę.
Na przykład taka Mestia, gruziński pupilek – słońce świeciło, pięciotysięczniki się piętrzyły – a jednak, na nas nie zrobiła wrażenia. Coś nie zagrało, byliśmy tym 1%. A przecież Mestię wszyscy polecali, jak to?
Wam też w Dolomitach coś może nie zagrać. I potem będą pretensje do mnie, bo u Nieśmigielskiej były ładne zdjęcia. Hej, u mnie zawsze są ładne zdjęcia.
Pamiętajcie, że to, czy się podoba jest sumą Waszych doświadczeń, oczekiwań, humoru, pogody, tego czy smakowało Wam śniadanie. I tak dalej.
Co chcę powiedzieć w ten pokrętny sposób? Że co złego, to nie ja. Gdyby Wam się nie spodobało w Dolomitach, to nie wińcie moich zdjęć. Ale do oglądania – zapraszam, będą via ferraty i nocleg na 2752 m.n.p.m.

Część pierwsza – TUTAJ. W skrócie: dolomickie dos and don’ts.
Do: jedź w Dolomity. Don’t: ale nie na weekend, samochodem, z Polski.
Do: zrób szlak wokół Tre Cime di Lavaredo, rozwali Ci głowę. Don’t: nie zapomnij gotówki, bo za najlepszy strudel świata nie można płacić kartą.

PS: największy wybór samochodów znajdziecie na TUTAJ.




Jeśli chodzi o via ferraty w Dolomitach, to sorry za ten suspense, bo nie był on niczym uzasadniony.

Jak szukaliśmy chętnych na wspólną wycieczkę – był odzew. Jak tylko mówiliśmy, że idziemy się trochę powspinać – telefony milkły, babcie umierały i trzeba było jechać na pogrzeb, kuzyni brali śluby. Wszystkich wystraszyliśmy tą via ferratą (bo przecież gdyby nie to, to każdy chciałby z nami jechać, nie?).
Trochę niepotrzebnie. Specjalnie wybrałam dwie trasy dla początkujących, bo jakie trasy ma wybrać ktoś, kto ma na sobie uprząż drugi raz w życiu? Ale nie spodziewałam się, że wylądujemy w viaferratowym przedszkolu (ferraty Ra Gusela i Averau).
Nie było tam bynajmniej ani mostów linowych, ani ławeczek nad przepaścią, ani w ogóle żadnych bajerów. Były po prostu łańcuchy, do których warto się było miejscami przypinać, ale bardziej dla poczucia, że słusznie wydaliśmy pieniądze na wypożyczenie sprzętu, niż żeby rzeczywiście coś to dawało.
Na ferracie Ra Gusela odcinek z linami był krótki i w zasadzie można go przejść: bez problemu oraz bez sprzętu wspinaczkowego.
Na ferracie Averau – no tak, bez asekuracji bym nie próbowała. Kilka razy musiałam się zastanowić gdzie postawić nogę i czy aby nie zadyndam na linie, ale nadal spodziewaliśmy się o wiele więcej, trudniej.
Wniosek: ferraty opisane jako dla początkujących są dla początkujących w ogóle w górach. Reszta może podnieść stopień trudności.

Informacje praktyczne: mieliśmy do wyboru wypożyczyć via ferrata kit w Polsce na 5 dni, albo na miejscu, na 1 dzień. W tej konfiguracji bardziej opłacało się znaleźć wypożyczalnię w Cortinie d’Ampezzo (200 zł vs 120 zł/dwie osoby).









Gdzie via ferrata, tam korki. Najgorzej, że nie obejdziesz bokiem. To tylko moje spekulacje, ale gdyby ludzie nie robili sobie zdjęć podczas wspinania, czekałoby się krócej.

via ferrata dolomity
via ferrata dolomity
via ferrata dolomity
via ferrata dolomity
via ferrata dolomity





Kocham kolejki linowe. Nie dlatego, że jestem leniem (w górach nie jestem!), ale dlatego, że uważam je za najwyższy szczyt (hehe) techniki. Więc jak znalazłam info o kolejce na Lagazuoi – wiedziałam, co będziemy robić tego popołudnia. Siedzieć na tarasie na wysokości 2752 m. z widokiem na masyw Tofane (i wszystko inne w okolicy, bo kąt widzenia stamtąd to jakieś 360 stopni), oczywiście!



W momencie, kiedy wjedziesz kolejką na szczyt nie zostaje Ci nic innego, jak zasiąść na tarasie (a z tego co widzieliśmy, każde schronisko w Dolomitach dysponuje wypasionym tarasem), patrzeć jak słońce się zniża, czytać książkę (nota bene, czytałam Ciemność H. Tobara; polecam, mogę pożyczyć), drzemać, głaskać Tomka po włosach. A, musieliśmy jeszcze wypić kawę i zjeść słodycze kupione w markecie w Cortinie; rozumiecie – obowiązki.

Poczekamy na zachód słońca, a potem zejdziemy do samochodu. Zajedziemy gdzieś na pobocze, rozłożymy namiot, ugotujemy kluchy z sosem ze słoika, obejrzymy serial. Normalnie brzmi to dla mnie bardzo atrakcyjnie. I tak by się ta historia skończyła, gdyby nie jedna myśl, która zaczęła mnie drążyć.
A jakby tak
Zostać tu
Na noc?

A, zapytam, czy mają wolne łóżko. Na pewno nie mają, ale zapytam.

Mieli. Mieli też ofertę z kolacją i śniadaniem. I można było płacić kartą. Krygowałam się trochę, bo to jednak wydatek nieplanowany, ale Tomek chyba sam miał ochotę na wino i pod przykrywką uderzyłem się w nogę i nie mogę chodzić zasugerował, że może jednak. A przynajmniej, że nie będzie bił jeśli zdecyduję się zostać. Teraz myślę, że i tak byśmy zostali, niepotrzebnie przekupiłam go możliwością skrócenia wyjazdu o jeden dzień.
Chwilę później na stole stała rezerwacja na dwie osoby na nazwisko Adams.
Od razu zamówiłam karafkę wina, żeby tylko Tomek czasowo utracił możliwość kierowania pojazdem mechanicznym (na wypadek, gdyby zmienił zdanie).

Nie żałuję. W takich sytuacjach odpowiedź powinna byc tylko jedna: YOLO, choćbym miała jeść chleb z keczupem do końca miesiąca.











Takie proste, a takie genialne. Nie wpadliśmy na to, żeby zabrać ze sobą szczoteczki do zębów, więc tym bardziej nie pomyśleliśmy o namiocie, ale pomysł jest zdecydowanie do skopiowania.




Po każdym daniu biegłam na taras, żeby zobaczyć, czy już się zaczęło. Zachodzi czy nie zachodzi?
Zaszło w punkt po podaniu deseru.
Może to nie był najbardziej widowiskowy zachód słońca, jaki można zobaczyć. Może było o kilka chmurek za mało. Nieważne; dla mnie i tak był najpiękniejszy.
Teraz muszę uważać na słowa, żeby nie przedobrzyć, ale naprawdę czułam, że widok z Lagazuoi był lepszy niż widok z najlepszego trekkingu w Patagonii.
Uf, napisałam to.

dolomity na weekend
dolomity lagazuoi
dolomity lagazuoi

dolomity lagazuoi

dolomity lagazuoi
dolomity lagazuoi

Tomasz jako jedyny, który po prostu patrzył. Nie biegał ze statywem, nie robił panoram. Po prostu siedział i patrzył.

dolomity lagazuoi
dolomity lagazuoi
dolomity lagazuoi
dolomity lagazuoi
dolomity lagazuoi





Tak, należę do osób, które śpiąc w ustronnym miejscu nastawiają budzik na 2 w nocy, żeby zobaczyć gwiazdy. I pewnie zobaczylibyśmy milion gwiazd, gdyby księżyc nie świecił tak jasno. Mi wystarczyło kilka tysięcy + jedna spadająca. Było pięknie.



Jeśli umiem wstać w nocy na gwiazdy, to chyba logiczne, że wstać o 6 rano na wschód słońca jest mi jeszcze łatwiej.









Nawet gdybym miała wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy z tym noclegiem – zniknęłyby w sekundzie, w której zobaczyłam śniadanie: szwedzki stół. Z francuskimi rogalikami. I włoską kawą. To jest, między innymi. Między bardzo wieloma innymi rzeczami.
Niby starasz się pamiętać, że nie jesteś tutaj sam, ale z drugiej strony: kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi, nie jest tak?
Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby skończyło się jedzenie na śniadaniu w formie bufetu – do wtedy. Obawiam się, że mieliśmy w tym swój słuszny udział, ale kto by się połasił na mniej niż 3 croissanty (z czekoladą!!!!111), niech pierwszy rzuci kamieniem – czekam. I prędzej Tomasz wyhoduje brodę, niż się doczekam.
PS: to nie wrodzone cebulactwo, tylko wrodzone łakomstwo. Czy to znaczy, że jesteśmy usprawiedliwieni?

Troche się wstydzę przyznawać, że w Dolomitach byliśmy dwa dni, zamiast planowanych czterech, ale choroba nie wybiera. Więc jeśli Tomek jest kontuzjowany, to ja trochę też, bo sama się do domu 1000 km nie odwiozę.
Zresztą, my i tak w dwa dni robimy więcej niż niektórzy w cztery.

Reszta jest – bardzo długą i męczącą, jak nie wiem – historią. Co nam po górach, po których jedno nie może chodzić? Decyzja (wyrok) zapadła (zapadł): wracamy do domu, dzień przed terminem. Chciałabym móc napisać, że po prostu zeszliśmy do samochodu i pomknęliśmy jak strzała do Poznania. Oj nie, nie. Powrót trwał najdłuższe 13 godzin w moim życiu i mimo że kierowca Porsche Carrera pozwolił się wyprzedzić Hondzie Jazz (historyczny moment), to było ciężko. Po raz kolejny obiecałam sobie, że nigdywięcej, bo jużniemogę. To jest, dopóki nie zrobię prawa jazdy (a egzamin jeszcze w tym miesiącu). Na dwóch kierowców to będzie zupełnie inna rozmowa! Na dwóch kierowców, to my i do Portugalii pojedziemy na weekend.

  • Pięknie! Nie wiedzialam że z Ciebie taki gwiezdny / ranny ptaszek :D

    Jak wspinanie to ja od teraz już moge i chce bo już się nie boje, just saying hyhyhy:D

    Ps. Co do mestii to też naleze do tego 1% i coś mi się zdawało ze zachwytu i u was nie będzie. :) miasta jakies w gruzji też odwiedziliscie czy tylko góry?

    • no kinga, w pierwszej rozmowie ze mną jak kogoś poznaję ZAWSZE wychodzi wątek tego że wstaję o 5:40 i chodzę spać przed 22 :d
      były miasta! było tbilisi i jestem zauroczona, za szybka stamtad wyjechaliśmy moim zdaniem. no i kutaisi trochę, naprawdę się staraliśmy, ale aura nam nie pomagała.
      + kazbegi i david gareja. jeszcze sporo zostało, myślę że kiedyś wrócimy.

  • No dobra, przekonałaś mnie – (kiedyś!) pojadę w dolomity. Zupełnie na moją odpowiedzialność! :D
    Wspinaczki to również nie moja bajka, ale czego czasami się nie robi dla takich widoków. I tak… chyba muszę zacząć brać przykład i wstawać o tej 5/6 rano na tak piękne widowisko.

    • polecam! ogólnie to wolę zachody, bo zawsze wydaje mi się jakoś że zachody dłużej trwają :d po wschodzie mam wrażenie że za szybko światło robi się nieciekawe, chociaż to kwestia tego co mi się wydaje, ie tego, co jest naprawdę.
      fajne są wschody, bo ogląda się je rzadko i przez to są jakieś takie odświętne :)

  • Ale macie sweet focie piekna! <3

  • Nuszczyńska Natalia

    „Hej, u mnie zawsze są ładne zdjęcia.” no chyba N A J L E P S Z E! <3

    ps. wiadomo, że książkę pożyczę, ale jak skończę Miasto Archipelag ;)

    • ja Ci tę i bez springera pozycze, wczoraj zamowilam dwie, wypozyczylam dwie i dzis z biblioteki tez przyniosłam dwie :( a + dwie zaległe, które mam na półce.

  • Brak słów! Nie wiem, jak Tomasz mógł tak tylko siedzieć i patrzeć, też bym latała z aparatem dookoła!

    • To było proste, nie mam aparatu.

      • W takie miejsca jeździsz i żadnego aparatu?! Nic a nic Cię widoki nie kuszą? :D Znaczy ja wiem, że to sama przyjemność tak siedzieć i chłonąć, ale ja bym tak nie mogła :D

  • margot

    O chryste panie, co za widoki z tego Lagazuoi! Oficjalnie postanawiam, ze muszę tam zanocować. Mój narzeczony pewnie trochę Cię znielubi za tego posta, bo on niezbyt górski chłopak ;) a tak z ciekawości, jaki jest koszt takiego noclegu ze śniadaniem/os. w wersji last minute?

    • http://www.rifugiolagazuoi.com/Ing/prezzi.php
      nasza opcja, tj. łóżko w dormitorium + kolacja + sniadanie: 55 eur./os. samo spanie w dormitorium – 30 euro.

      to kompletny brak wyobraźni z mojej strony, ale naprawdę nie umiem nawet zbliżyć się do takiej myśli: jak to jest nie lubić gór. dziwne. ale ja z kolei nie przepadam za morzem i wybrzeżem ;)

  • Krzysztof Rodak

    Jeśli szukacie fajnieszych ferrat i równie bardzo zmarnowanego weekendu w samochodzie to Słowenia się poleca:
    http://www.summitpost.org/tominsek-route/953278
    http://www.summitpost.org/prag-route/953047
    Można też zepsuć sobie weekend spędzając 12h w samochodzie i wybierając się na Grossglocknera, zaliczycie mały lodowiec, pobawicie się rakami i czekanem i będzie element wspinaczkowo-ferratowy, ale nie wymaga to jakiegoś super-doświadczenia przed. No i zawsze zostaje jeszcze Zugspitze, też ponad 8h w samochodzie, więc nie można się nie wyspać ;-)
    Foty srogie bardzo, jak na to patrzę, to już nigdy w góry nie pojadę z samym telefonem!

    • No Słowenia to ja wiem, ale już naprawdę tylko pod warunkiem że samolotem, albo w ramach jakiegoś grubego eurotripu.
      Na zugspitze i grossglocknera też sobie ostrze ząbki, wszystko w swoim czasie! Zresztą całkiem możliwe że gdyby nie dolomity to na zugspitze byśmy wylądowali :)

  • Jak tylko zobaczyłam rano w pracy (na planie akurat byłam bez kompa) – to od razu mnie rączki świerzbiły by zobaczyć i już rano na malutkim ekraniku gejfona wzdychałam do zdjęć.

    Z tym wstawaniem w nocy i nad ranem – też tak kiedyś miałam. I ba! Potrafiłam przejechać wiele kilometrów tylko po to by zrobić jedno zdjęcie. No dobra, kilka. Teraz mam fazę „kocham jednak spać”.

    I Tomasz – szczęściarz. Zazdroszczę czasem ludziom, którzy nie robią zdjęć, nie odkryli miłości do przyciskania guzika od migawki, zazdroszczę tego, że nie muszą tachać wszędzie sprzętu i tego, że mogą sobie więcej posiedzieć i podumać. A ja nawet jak nie mam aparatu – to czuje się absolutnie dziwnie, jakby rękę mi odcięli, oko wydłubali. Myślenie kadrem zajmuje mi już chyba połowę mózgu, nie potrafię się już tego pozbyć :-((

    „Hej, u mnie zawsze są ładne zdjęcia.” – TAK ❤

    Lagazuoi – absolutnie wędruje i na moją listę „DO” w „Tatrach na Sterydach”

    • Gejfona? Ja mam np. srajfona :p
      PS. przepraszam wszystkich, ale pod koniec dnia pracy włączył mi się trolling.

      • to widzisz, mogę się założyć że to całkiem różne modele ;-)) musimy porównać przy okazji ;-P

    • no nie, to ja kilometrów nie jechałam specjalne po zdjęcie. ja się zawsze staram tak ustawić, żeby wstać i nie musieć daleko iść ;)

      ja też nie umiem wyluzować. z jednej strony nie chciałabym nie-chcieć-robić-zdjęć. ale z drugiej jak mi się zdarzy nie wziąć aparatu, to chciałabym umieć nie robić z tego tragedii i po prostu coś przeżyć, tak jak tomek na tym tarasie :d

      • miałam chyba z 2-3 takie chwile – ALE – i tak były poprzedzone robieniem zdjęć, więc nie wiem czy takie wyluzowanie też się liczy :-))

  • Michał

    Obiecuję, że jak przestaniesz prowadzić bloga, to ja będę pierwszy do organizacji protestów pod Twoim domem i palenia opon.

    Czekam na Stany!

    • A wiesz, że dzisiaj ktoś ukradł mi dowód osobisty i zna mój adres? Przypadek? ;D

  • Może i zawsze ładne zdjęcia są, ale przyznaj, że duet pt. światło o wschodzie/zachodzie słońca + góry to fotograficzny samograj :p

    • Przyznaje. Ale! Jak ktoś nie umie, to nie zrobi też ;)

      • True dat! Jak ktoś nie potrafi to zepsuje zdjęcie z nawet najpiękniejszego miejsca na świecie (jest takie?) ;)

  • Ela, sorry. Jesteś naprawdę super, ale zaczynam być fanką Twojego męża. Tomasza, który patrzy.

  • Buuu K

    Ja przepraszam – no bo wiadomo, piękne Dolomity, gwiazdy, foty, wiadomka. Ale bluzka w króliczki!!! Ja chcem taką bluzkę w króliczki!!! (może dlatego, że na Dolomity to na bank nie mam szans, no nie z niemowlęciem…) Miej serce i powiedz – skąd?

    • ech, podwójnie złamię Ci serce ;)
      raz, że bluzka kupiona wiosną w forever 21, ale w usa.
      dwa, że jestem za leniwa żeby prać rzeczy ręcznie i po wielokrotnym praniu jej z ciemnymi rzeczami teraz noszę ją już tylko do dresu, po bułki do sklepu (króliczki zsiniały). przykro mi.

      • Buuu K

        No i złamałaś! Nie dość, że umiesz w zdjęcia, masz ładny kolor włosów (a jak ja ostatnio chciałam blond, to dostałam srakę), za męża chamskiego Adamskiego to jako jedyna musisz mieć bluzkę w króliczki. Pff…

        • co do tomasza, pozwolę sobie wkleić jego dosłowną reakcję na Twój komentarz:
          „no widzisz, dziekuj bogu!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”

          co do blondu – jest nadzieja! nie wiem jak masz kolor naturalny, ale jeśli taki sam mysi ciemny blond jak ja i 90% dziewczyn w polsce, to mój blond jest do osiagniecia w miesiac. ale tak, trzeba przejść przez bolesny etap sraki.
          nigdy nie farbowałam włosów u fryjzera, nigdy nie robię odrostów u fryzjera, wszystko w domu. to są dwa rozjaśnienia farbą palette superjasny blond (ale taką rozjasniającą najmocniej, do 6-ciu tonów) czy coś albo syossa + mycie co kilka dni fioletowym szamponem do blond włosów (joanny), który neutralizuje rude i żółte tony. i voila!

  • Te widoki ♥ i niebo z gwiazdami ♥. Chcę tam! Zmienimy auto, kupimy nosidło i pojedziemy! :) Ferraty może nie pieprzniemy, ale spędzenie nocy w schronisku z takimi widokami wystarczy :)