Co u Ciebie jesienią? 2018

Pozostałe posty z serii znajdziecie TUTAJ.

Nic nie uzasadnia istnienia listopada.

Komu i do czego potrzebne powietrze aromatyzowane smogiem? Słońce w homeopatycznych dawkach? Rozgrzewające herbaty stają mi w gardle, a po jesiennych kolorach zostały tylko lajki na instagramie. A ja i tak wiem, że zostawiły je boty.

W takich chwilach człowiekowi zostają dwa wyjścia:
– wyprowadzić się do Australii
– wspominać złote czasy, kiedy drzewa miały liście.

Dla wszystkich, którzy z jakiegoś powodu nie mogą skorzystać z opcji nr 1, polecam niniejszy wpis.
Cała reszta (to jest ja i Tomasz) może opuścić bloga i zacząć pakować walizki.

zamek w lublinie
lublin zamek

[VIDEO] Miłość w Zakopanem

Jeżeli oficjalny teledysk Sławomira ma 181 milionów odsłon na youtube, to ja zasługuję na co najmniej 2x tyle.
Pomyślcie sami: #tutomasz zamiast Sławomira, Franek Kimono zamiast Sławomira, tatrzańskie widoki zamiast Sławomira (w jacuzzi).

I przede wszystkim: dwie minuty zamiast czterech. Co oznacza, że można obejrzeć 2 razy!

Polska B nie jest be.
Polska B jest bardzo cacy.

Miał być Zamość i (może…) Lublin.

Był Lublin i potem długo, długo nic. A potem Zamość.
Polska na wschód od Wisły wisiała na mojej liście miejsc do zobaczenia przed trzydziestką – od 30-stu lat.
Byłam w Nowej Zelandii, Patagonii, a nie byłam we wschodniej Polsce. Trochę głupio, ale nie moja wina, że nasze wycieczki szkolne kończyły się na kinie 3D w Warszawie.

Jak nakłonić Tomasza, żeby chciało mu się jechać na drugi koniec Polski? Normalnie spróbowałabym sposobu na góry – ale nie jechaliśmy w góry.
I wtedy wchodzi australijski as w rękawie, cały na biało. Bo przecież jak teraz nie pojedziemy, to nigdy już nie pojedziemy…
A, no i kolega nas zawiózł swoim Audi. Polecamy tego blablacarowicza.

Przez drogi Wielkiej Polski
I autostradę Kulczyka
Leci Audi niczym strzała
Maćko na weekend pomyka

Kontrolki mrugają
Dwieście na liczniku
Maćko niewzruszony
O co tyle krzyku.

panoraa lublina

wieża trynitarska lublin






muzeum w majdanku


Przyznam, że po Lublinie nie spodziewałam się wielkich rzeczy.

Myślałam, że będzie fajnie, ale też bez przesady. Miasto do polubienia, tak jak się lubi lody śmietankowe albo czytać kryminały.

15 minut od autobusu do hostelu wystarczyło, żeby Lublin mnie kupił i wyrzucił paragon.

Normalnie starówki i przyległości odhaczamy jako obowiązek, po którym następuje ta przyjemna część zwiedzania.
Lublin jest wyjątkiem od tej podróżniczej reguły. Lubelskie stare miasto mnie zauroczyło: smaczek za smaczkiem i smaczkiem pogania. W Lublinie trzeba mieć oczy dookoła głowy, a w nagrodę z okna pomacha Ci sama Beata Kozidrak.
Na lubelskiej starówce, w odróżnieniu od wielu innych starówek, zjedliśmy smacznie i niedrogo.
Z lubelskiego deptaka nie chce się uciekać po trzech minutach.
Od pobytu w Lublinie lubię BAJM.

Lublin jako jedno z niewielu miast przeszło prosty test, któremu poddaję każdą destynację:
mieszkałabym, czy bym nie mieszkała?

W Lublinie mieszkałabym jak szalona. A w przerwie między jedzeniem cebularza i liczeniem murali, chodziłabym na dach budynku Centrum Spotkania Kultur, zrywała maliny prosto z krzaka i podglądała pszczoły. True story. To jest takie miasto.

Jedźcie, jeśli nie byliście.




centrum spotkania kultur lublin
lubelskie podwórka
lubelskie podwórka
lubelskie podwórka

lubelskie podwórka
podwórka w lublinie




Co innego Zamość.

Nie żebym miała coś przeciwko wychuchanej starówce i pysznemu ciastu w kawiarni Kawa na Ławę (Rynek Wielki 8), ale nawet bardzo wolnym krokiem stare miasto w Zamościu można obejść w pół godziny. Dwa razy.
Obeszliśmy więc też wszystko dookoła, kilka blokowisk, cmentarz i dotarliśmy do dworca autobusowego. I była dopiero 15:00.

Podsumowując: Zamościa nie polecam na weekend (chyba że na bardzo leniwy weekend), ale na przyjemnie spędzone sobotnie przedpołudnie już tak.

Swoją drogą, szacunek dla mieszkańców, którzy protestowali w obronie sądów.
W Poznaniu łatwo nam wyjść na ulicę, bo tam czeka już kilka tysięcy ludzi, myślących podobnie jak my.

A w Zamościu – jak na załączonym obrazku. Wielki szacun dla tych, którzy jednak przyszli. Jesteście o wiele odważniejsi ode mnie.




Babie Góry 3.0

Bilans weekendu na Dolnym Śląsku: jeden utopiony w jeziorze obiektyw, jedna zjebka od męża za spalone sprzęgło i dwie cudowne dziewczyny (tu jedna, a tu druga), z którymi lubię spędzać czas, nawet jeśli śpimy potem na glebie w stuosobowej sali w schronisku. Jeśli miałabym możliwość powtórzenia tego weekendu, ale ze wszystkim: prowadzeniem auta i patrzeniem jak mój obiektyw turla się w dół zbocza i wpada do jeziorka – zrobiłabym to.

Nie piszę nic więcej. Po pierwsze dlatego, że Paulina już to zrobiła (jej wpis możecie przeczytać tu), a po drugie dlatego, że z pogłębionej analizy zdjęć w lightroomie wyszła mi wystarczająca ilość obrazków do zapełnienia osobnego wpisu.

Zdradzę tylko, że obiektyw przeżył akcję ratunkową i wrócił do mnie cały, zdrowy i wyczyszczony. Do dwóch razy sztuka?






sokolik rudawy janowickie
wchod slonca na sokoliku wielkim






Ojcowski Pstrąg Narodowy

Mi nie trzeba wiele. Czasami wystarczy 10 sekund i czysty przypadek.

Któregoś dnia w pracy potrzebowałam wiedzieć, ile jest parków narodowych w Polsce. Zobaczonej nazwy Ojcowski Park Narodowy nie dało się odzobaczyć. Trasy sprawdzonej na google mapsach nie dało się odsprawdzić: 5 godzin. Do wytrzymania.

W następny weekend siedzieliśmy w aucie do Częstochowy.

Na fali teraz albo nigdy zrobiliśmy klasyczną wycieczkę Krakusów: Ojcowski, Błędowska i Ogrodzieniec. Dobra decyzja, w samym szczycie sezonu na jesienne kolory.

Pierwsze sprostało, drugie zawiodło (chyba spodziewałam się wydm jak w Łebie, a nie krzaków jak w ), a trzecie polizaliśmy przez papierek, bo przekroczyliśmy próg zimna, za którym było grzanie w aucie na maksa i jazda bez zatrzymywania do domu.

Ojcowski Park Narodowy jesienią to strzał w ósemkę (na dziesięć). Nie jest rozległy, więc ogarniecie w jedno przedpołudnie; stwierdzono obecność punktów widokowych, a wędzony pstrąg na miejscu przeszedł do legendy wędzonych pstrągów.

Żeby nie było, że tylko cudze chwalimy. Swoje też lubimy.

ojcowski park narodowy
ojcowski park narodowy
ojcowski park narodowy
ojcowski park narodowy punkt widokowy
jura krakowsko czestowochska ojców



maczuga herkulesa
pustynia błędowska
pustynia błędowska róża wiatrów

zamek w ogrodzieńcu

Cześć pracy!

W swojej agencji przepracowałam równy rok. Przyszłam 1 grudnia, odeszłam 30 listopada. To był rok, w którym nie bolał ani jeden z 52-óch poniedziałków. Czyli można.

Z jednej strony się cieszymy, bo kto by się nie cieszył miesiącem wolnego i perspektywą życia w Australii.
Z drugiej strony się boimy, bo kto by się nie bał życia na drugiej półkuli. Jadowite pająki pochowane w butach to naprawdę najmniejsze wyzwanie dla kogoś, kto nie odbiera telefonu jeśli wyświetla się nieznany numer, a kto będzie musiał znaleźć pracę w obcojęzycznym kraju.
Z trzeciej strony się smucimy, bo łamiemy wiele serc, łącznie z własnymi, i nie wiemy, czy da się je potem skleić bez śladu.

Fakty są takie, że prace już rzuciliśmy, a biletów w jedną stronę jeszcze nie mamy.

Ciągle się boję, że ta cała Australia to czyjś trolling zakrojony na bardzo szeroką skalę – jaki to problem podrobić wizę w Photoshopie i przeprowadzić kilka rozmów na Skypie? A co, jak na końcu, kiedy już odeszliśmy z pracy, sprzedamy auto i wynajmiemy mieszkanie, ktoś przyśle nam takiego gifa z nieznanego adresu mailowego?


Codziennie ktoś pyta, jak nam idą przygotowania do wyjazdu – a my jedyne, co przygotowujemy, to żołądki na coraz większe dawki alkoholu. Pożegnania ssą – ale imprezy pożegnalne, to inna para japonek.
Niby wina za kołnierz nie wylewam, ale nie spodziewałam się, że można cierpieć tak, jak ja dzień po pożegnaniu Tomasza. Ile nam strzeliło szotów? Kto za nie zapłacił? Czy ja się naprawdę umówiłam na morsowanie w Kiekrzu, czy może już morsowałam i stąd się wzięło moje przeziębienie w tym tygodniu?

A i tak największe BENG dopiero przed nami.


Cukierek albo psikutas

Miało jej nie być. W tym roku spisałam ją na straty. Pogodziłam się z jej brakiem.

A potem pomyślałam, że będę żałować jeśli jej nie zrobię – i była: bardzo last minute i kameralna z przymusu. Impreza halloweenowa.

Po co grać w planszówki w zwykłych ubraniach, skoro można robić to samo w stroju smerfa?

Rodzina z Omanu przyprowadziła prawdziwą kozę, niegrzeczna uczennica dostała szóstkę ze sprawowania, a Szkot z Poznania hojnie polewał.
I tylko kozy żal, bo 2 dni później szła na targ. A wiecie, co się dzieje z kozami na targu w Nizwie.


















Mogę nie zabrać do Australii ubrań, mogę zostawić wszystkie książki.

Ale nie wyjadę bez zdjęć. Chcę mieć wszystkie mordy i mordeczki jeśli nie w zasięgu butelki wina, to przynajmniej w zasięgu wzroku (co nie będzie trudne, ze względu na ceny wynajmu w Sydney szacujemy, że będzie nas stać na jakieś 14m2 (ze skosami)).

Im bliżej wyjazdu, tym częściej boli brzuch. Jak dbać o przyjaźnie tu, będąc tam?
Czy to nie jest tak, że na początku pisze się do siebie codziennie, potem raz na tydzień, miesiąc, a potem nawet aktualności przestają się wyświetlać na fejsie?

Perspektywa wyprowadzki mobilizuje jak nic innego. Inaczej znowu obiecywałabym sobie, że dzisiaj to już na pewno wyjdę z aparatem na Cytadelę i znowu racjonalizowała powody, dla których nie poszłam. A tak – człowiek nie ma wyjścia. Albo się zbierze w sobie, albo do końca życia będzie żałował, że mógł po raz ostatni zrobić zdjęcia w jesiennym słońcu z przyjaciółką i tego nie zrobił.










Jak ktoś mnie pyta, co ja właściwie będę robić w Australii,

to czasem myślę “jak to co, wpadnę w depresję i będę odliczała dni do powrotu”, a czasem, że może dalej będę chwytać na zdjęciach mokre buziaki i kwiatki dla mamy.

Pytam bez większych nadziei, ale i bez większych żartów: a może ktoś ma ochotę na sesję w Down Under? Wasz destination wedding photographer już tam będzie, połowa kosztów odpada.

Na zdjęciach Monika i spółka. Wtedy we trójkę, teraz już pewnie we czwórkę. Niezależnie od tego, ilu Was jest, pozdrawiam serdecznie!

I pomyśleć, że gdyby nie wyjazd, zastanawiałabym się nad działalnością gospodarczą w przyszłym roku. Doskonale, będzie co wykrzyczeć mężowi w twarz podczas kłótni (a ja dla Ciebie zostawiłam karierę!).

















Nie jestem weselną osobą.

Ja jestem ledwo ślubną osobą. Nie widzę siebie w białej sukni, rzucającej bukietem. Tomasz wolałby zarazić się ebolą niż zatańczyć pierwszy taniec. Ale prawda jest taka, że w 2012 roku panny młode miały wybór między większą a mniejszą bezą, a panowie młodzi – między garniturem jak z komunii, a garniturem jak z pogrzebu. O weselach w stylu boho nikt w Polsce jeszcze nie słyszał.

Czasem, jak widzę takie pary jak Ola i Piotr, to się zastanawiam: a może nawet nie byłoby to takie zupełnie bez sensu?













Jest taki dzień,
w którym gasną wszelkie spory.

To 11. listopada. Ale – uwaga – tylko w Poznaniu.

U nas w Poznaniu jeśli się kłócimy, to tylko o to, czy rogale marcińskie mają być na maśle, czy na margarynie.

Jeśli ktoś maszerował, to przebrany za gęś.
Jeśli ktoś niósł transparent Bóg Honor Ojczyzna, to w jednym kadrze ze Świnką Pepą na sznurku.

Na to, żeby mieć lepsze zdjęcia z parady, musiałybyśmy z Kingą wyjść 15 minut wcześniej. Ale to by oznaczało, że będziemy się widzieć z Moniką i Ewą 15 minut krócej. Zdjęcia zdjęciami, ale rogale rogalami. Trzeba mieć priorytety.










Podróże Pana Kleksa

Poza tym, że we wrześniu wydawaliśmy oszczędności na spanie w aucie i kolacje z półproduktów (ale za to w USA), to wszystkie drogi zaprowadziły nas do Rzymu.
Pierwsze posty ze Stanów są już na blogu (Yellowstone, Nowy Jork i traktat filozoficzny o road tripie), post z Rzymu – jeszcze nie. Tzn. jak ktoś dobrze poszuka to znajdzie nawet dwa, z 2014 roku, ale zupełnie bez kokieterii – nie szukajcie, bo nie polecam.

Wszystko wskazuje na to, że następne podsumowanie życia powstanie daleko od domu. Opcje są dwie:
– albo z Australii
– albo z więzienia, gdzie zostanę osadzona za pobicie ze skutkiem śmiertelnym tego żartownisia, który nas od pół roku trolluje. Bój się.

Czas pokaże.