Z notatnika emigranta: jesień w Australii

Jesień w Australii w dwóch słowach? Proszę bardzo: 1. Powyżej 2. Oczekiwań.

Oczekiwania: jeśli będzie ciepło do połowy kwietnia, to wygrałam życie.
Rzeczywistość: krótkie spodenki z małymi wyjątkami do połowy listopada (to jest maja). Tak trzeba żyć.
Zapamiętajcie jedno: bez pogody nie ma pogody ducha. Elżbieta Coelho.

[SPOILER] Niestety, zima to zupełnie inna para kozaków…

Oczekiwania: na pewno nie znajdę pracy i będę musiała zajść w ciążę, żeby uzasadnić swoją egzystencję.
Rzeczywistość: Od kwietnia na zmianę kręci się polska zdalna copywriterka (ktoś chce mi coś zlecić?) i australijska orka na marketingowym ugorze.

Oczekiwania: nigdy nie będę umieć w small talk!
Rzeczywistość: Już wiecie, kogo typować jeśli wystartuję w osiedlowych mistrzostwach gadki-szmatki.

Oczekiwania: ile można zwiedzać Sydney, pewnie zaraz mi się znudzi.
Rzeczywistość: Sydney można zwiedzać w nieskończoność, a potem śmiało zaczynać jeszcze raz od nowa.

Jedno tylko w życiu na emigracji mi nie wyszło:

Oczekiwania: gdybym miał gitarę, to bym na niej grał.
Rzeczywistość: … ale tylko przez pierwszy miesiąc.
AAAby gitarę elektryczną Epiphone tanio sprzedam. Nówka sztuka, ledwo co śmigana, za to przez Nieśmigielską. Odbiór osobisty Pyrmont lub okolice.

Pozostałe wpisy z Australii znajdziecie tutaj.


bondi beach







Słowem, uwiłam sobie stabilne gniazdko pomiędzy pierwszą ekscytacją

i zimową stagnacją.

Mieszkanie urządzone, ścieżki do najlepszej pizzy w mieście wydeptane, w kawiarni czeka na mnie zawsze duże flat white, a w piekarni migdałowy croissant. Nie powinno się mówić życie jak w Madrycie. Powinno się mówić życie jak w Australii.

Ludzie w internecie piszą jedno, a potem płaczą w poduszkę, więc możecie mi wierzyć lub nie – ale ja naprawdę codziennie, kilka razy dziennie, myślę sobie: mieszkam w najfajniejszym mieście na świecie.
Teraz to ja w oczach turystów jestem lokalsem, któremu się zazdrości, że witają go w kawiarni po imieniu. Wiem, bo sama zazdrościłam.

Dni każdej sielanki są policzone – problem w tym, że nie wiemy, ile nam ich zostało. Póki co chwilo, trwaj.

A Ty, zimo, wypierdalaj.

Zapraszam na podsumowanie pierwszej jesieni na australijskiej ziemi. 3 miesiące 3 w 13 akapitach; karkołomnie, ale nie takie rzeczy na blogu się robiło.



















Pracę dostałam na przypale

i tak toczy się do dziś.

Przyszłam na drugą rozmowę i zostałam. Jednego dnia jestem bezrobotna i rozpaczam za rajem utraconym w Poznaniu, następnego zakładam działalność gospodarczą i wystawiam pierwszą fakturę za pracę w zawodzie.
Pracuję jako marketing assistant w firmie odzieżowej plus size, co oznacza że prowadzę fejsy, redaguję newslettery, piszę bloga, a za chwilę będę też ekspertem od shopify i excela. Brzmi spoko? Nie do końca jest*, ale przelewy wpływają, a ja nie bardzo mam ochotę uruchamiać machinę rekrutacyjną od nowa.
*Ponieważ cały #teammarketing zatrudniony jest na ułamek etatu, widzimy się raz w tygodniu. Co oznacza, że mamy małe szanse na stworzenie i egzekucję spójnej strategii, za to duże prawdopodobieństwo, że co czwartek będę walić głową w ścianę.

I wtedy wchodzi zdalna copywriterka, cała na biało. Jak to w życiu bywa, przyjemniejsze źródło dochodu jest tym mniej dochodowym (na warunki australijskie), ale póki co, jem ciastko, mam ciastko i jeszcze mam czas, żeby odpocząć po ich zjedzeniu, więc jest naprawdę dobrze.

[Przyznaję, że powyższy tekst skopiowałam z ostatniego newslettera, ale po pierwsze: kopiować samego siebie, to nie grzech. Po drugiej, nie jestem w pracy, żeby klient kazał mi pisać to samo, ale na 3 różne sposoby. A po trzecie: to chyba znaczy, że warto zapisać się na najfajniejszego newslettera w blogosferze. ]


Rower jako narzędzie poznawcze

Okazało się, że wystarczy kombinacja dwóch czynników:
1. dobry rower (nie z demobilu, za to z aluminium)
2. wysokie ceny biletów komunikacji miejskiej
– i nie ma takiego miejsca w Sydney, do którego bym się nie wybierała w najbliższej przyszłości.

Nie czuję się ultrasem jak Tomek (który musi mieć rowerowe wszystko: rowerowe bluzy, rowerowe buty, rowerowe spodenki z pieluchą zamiast majtek), który dla zabawy w niedzielę w robi 100 km (bo próbuje dorównać naszej znajomej, chociaż udaje, że wcale nie).
Ale już wyskoki typu: 60 km wzdłuż autostrady, 25 km w jedną stronę do Ogrodu Botanicznego, 10 km do sklepu z roślinkami po drugiej stronie zatoki, albo praca z – bynajmniej nie osiedlowej – biblioteki – jak najbardziej są w zasięgu ręki. Nogi.
Gdyby nie rower, nie trafiłabym przypadkiem na miejsce, gdzie sprzedają – uwaga – serniki z camemberta. Nie zjadłabym prawdziwej neapolitańskiej sfogiatelli. Nie zaczęła czynić dobra na wolontariacie w miejskim parku.
Nie zobaczyła dużej części miasta.
Gdybym nie zobaczyła tak dużej części miasta, nie pokochałabym Sydney.

Rower zmienił moje życie na lepsze. Rower dba o moje zdrowie (w przeciwieństwie do kierowców mijających mnie na gazetę). Rower na prezydenta.



















Jak zostałam crazy plant lady: sequel

Jeśli chodzi o rośliny, licznik nadal bije. I bije. I bije.
Przed wyrzutami sumienia ratuje mnie fakt, że rowerowe Tomka hobby jest jeszcze droższe. Ja mu nie wypominam, ile zapłacił za lampkę (ale serio nie wiem, jak można tyle zapłacić za lampkę…), on mi nie wypomina, że wczoraj było 39 kwiatków, a dzisiaj nagle jest 40. I tak sobie żyjemy w zgodzie. Problem w tym, że one swoje zabawki zabierze do Polski, a ja swoje wyprzedam za bezcen.

Choroba przebiega u mnie książkowo: była faza na dużo, była faza na duże, teraz jest faza na rzadkie.
Faza wzięła się z tego, że obecnie gdy wchodzę do sklepu z roślinami to i tak nic nie kupuję, bo wszystko już mam. A tego, czego nie mam, nie mogę dostać.

Z ciekawości mam ochotę założyć drugiego instagrama, na który wrzucałabym tylko zdjęcia roślinek i mieszkania, zgodnie z zasadami jedności feedu i ogólnie przyjętej estetyki – i sprawdziła, kiedy przegoni instanieśmigielską.




Dzień, w którym dotknęłam koali

Pamiętacie jak pisałam, gdzie w Sydney pogłaskać kangura?
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że godzinę jazdy od Sydney można dotknąć koali.
Nie ukradkiem, jak ranger nie patrzy. Na legalu i z namaszczeniem.

Nieważne, ile razy rzucalibyście okiem na Australia Walkabout Wildlife Park niedaleko Gosford – skalą nie powala. Cały teren można obejść w pół godziny. Jakim cudem spędziliśmy tam pół dnia?
Wystarczy, żeby co pół godziny przy każdym zwierzaku pracownicy urządzali dydaktyczną pogawędkę, nierzadko połączoną z karmieniem i/lub głaskaniem – i już jest godzina 16:00 (a przyjechaliście o 10:00).
To tu pies dingo mi mordę lizał, widziałam jak kolczatka siorbie breję z robaków i schodziłam z drogi kazuarom na wolnym wybiegu. Macie też oficjalne pozwolenie na kangurowe głaski (dopóki głaszczecie kangury po dolnej części pleców).

Polecam – i tak zwiedzacie Australię samochodem, to co Wam zrobi godzina drogi w jedną stronę przy 4000 km dzielących np. Sydney od np. Perth?

Walkabout Wildlife Park | 1 Darkinjung Road, Calga NSW | Bilet normalny: $25




















Miesiąc bez road tripu miesiącem straconym

Australia, którą dotąd zobaczyliśmy, jest naprawdę cudownym krajem do życia i gdybym była blogerką, która pisze teksty “10 rzeczy, które kocham w”, o Australii napisałabym takie trzy i czwarty malutki.

Ale ile można w plażowanie, zwłaszcza jeśli żadna plaża poza Sydney nie dorównała żadnej plaży w Sydney, góry są raczej niższe niż wyższe, drzewa na szlakach wszystko zasłaniają, a bushwalkingowi mówię stanowcze “nigdy!”?

To nie jest tak, że raz w miesiącu wypożyczamy auto tylko po to, żeby sobie ponarzekać na Australię. Bardzo miło wspominam Kościuszkę, camping z dzikimi końmi, ogladanie seriali pod namiotem w Jervis Bay, śniadanie stulecia w Melbourne.

Po prostu moje sympatie są zaznaczone na osi pomiędzy marcowym Yosemite, zimową Norwegią, a wrześniowymi Dolomitami. Bardzo miło to dla mnie trochę za mało, ale musi wystarczyć na najbliższe miesiące.

Słowem: to nie Ty, Australio, to ja.

Nie mogę się doczekać, aż przyjdzie mi te słowa odszczekać. Tylko jeśli nie na Tasmanii, to gdzie?


















Mt Kosciuszko – bez kija śmiało podchodź

Zakładaliśmy, że szlak na Górę Kościuszki (austr. mount kozjosko) będzie jak w Karkonoszach – i był. Najważniejsze, to trzymać oczekiwania względem krajobrazów Australii na wodzy.

Świadomość, że stoisz na wysokości 2228 m n.p.m., jest jeszcze nienajgorsza. Problem powstaje dopiero, kiedy zdasz sobie sprawę, że:
– w promieniu dwóch tysięcy kilometrów nie ma wyższej góry (potem zaczyna się Nowa Zelandia)
– jak szlak długi (a my zrobiliśmy 22 kilometrową pętlę), nie było potrzeby użycia kijków trekkingowych.

Rozumiecie? Na dach kontynentu. Bez kijków trekkingowych.

Patrzyłam na dzieciaki (i dorosłych) ekscytujących się faktem, że pokonali Kozzie, nie wiedząc nawet, że “Kozzie” i “pokonać” w jednym zdaniu to podobnie niedobrana para jak “pyszne” i “flaczki”.

Najbardziej w Australii nie mogę przeżyć już nawet nie tych nieszczęsnych kasków rowerowych (w świetle tutejszego prawa nigdy nie będę wystarczająco dorosła, żeby wsiąść na rower z odkrytą głową), ale tego, że na kontynencie wielkości Europy (z nadwyżką) najwyższy szczyt jest niższy niż Rysy i prostszy do zdobycia niż Śnieżka. Na Śnieżkę nie wybrałabym się w adidasach.

Niemniej, Mt Kosciuszko to jedno z niewielu miejsc w Australii, gdzie można potarzać się w śniegu. I chociaż nie lubię bycia na zimnie, to lubię być na śniegu, więc mam nadzieję że cosy mountain cottage with fireplace jest już zarezerwowana na moje urodziny, drewno do kominka właśnie się rąbie, a ja chociaż na chwilę założę raki, które zajęły pół bagażu, z którym się tu przeprowadziliśmy.














Tour de Canberra

Sami powiedzcie, czy życie jest sprawiedliwe.

Tomaszowi korpo sponsoruje wolontariat w sanktuarium wombatów pod Canberrą, gdzie dwie godziny grabienia liści można wymienić na kanapki i głaskanie małych wombatów bez limitu.
Ja w tym czasie zrobiłam tour de Canberra – drzwi auta zatrzasnęły się za Tomaszem, a ja wsiadłam na rower i popedałowałam do stolicy. Pierwsze 30 km niosła mnie adrenalina, potem zdrętwiał mi tyłek, potem zaczął padać deszcz i padał na moje przemakalne ubrania przez kolejnych piętnaście. Kilometrów.
Kolejne 3 godziny spędziłam trzęsąc się z zimna w bibliotece uniwersyteckiej, czekając aż Tomasz nagłaszcze się do syta i mnie stamtąd wywiezie. Wywiózł – do airbnb, w którym zrozumiałam sens pogróżek o australijskiej zimie. Zasada jest prosta: jeśli na zewnątrz są 4 stopnie, to w środku (w sypialni, w łazience) – też są 4 stopnie.
Nie muszę dodawać, że naprawdę były 4 stopnie.

I tak zaczął się nasz weekend w Canberrze. Fun!

Canberrę opisuje się zazwyczaj jako miasto, w którym nic nie ma. I coś w tym jest.
Jeździliśmy po niej rowerami przez półtora dnia, a ja w tym czasie nie zrobiłam nawet pół zdjęcia aparatem, bo zwyczajnie nie miałam potrzeby. Czasami Canberra wyglądała jak pocztówka z drogi wyjazdowej z Wrocławia, a czasami jak Waszyngton. Dziwne miasto.

Teraz najlepsze: nie było źle. A już parlament, po którym możesz chodzić jak po domu cioci na imieninach, do końca rozwalił mi głowę. To tak można, nie trzymać ludu na dystans i jeszcze urządzić mu trawnik na dachu?

Hunter Valley wine tasting – wino, wódka, czekolada i śpiew

Tak jak do zorganizowanych wycieczek podchodzimy pobłażliwie (co to, już soboty sami sobie zorganizować nie umiemy?), tak pomysł, żeby ktoś nas zawiózł, obwiózł i odwiózł z tour de winiarnie ma ręce i nogi – inaczej zawsze ktoś będzie musiał prowadzić, żeby pić mógł ktoś.

W zależności od programu, Hunter Valley wine tasting tour to wódka, wino i śpiew. Albo sery, wino i śpiew. Albo czekolada, wódka i wino. Albo wino, wino, wino i śpiew. My zaczęliśmy od czekolady, a potem było tylko lepiej:

W mojej głowie tasting czegokolwiek wygląda bardziej jak szwedzki stół a nie jak pan, który rozdaje każdemu po małej czekoladce, więc postoju w Hunter Valley Chocolate Factory nie polecamy (zawsze można skorzystać z toalety), ale całą resztę już tak.

1 destylarnia wódki i 3 winiarnie później – i do dzisiaj się zastanawiam, jak to możliwe, że piliśmy przed południem, w południe i po południu, a i tak pozostaliśmy trzeźwi, podczas gdy niektórzy Australijczycy porobili się tak bardzo (dopóki nie zasnęli), że w autobusie do Sydney czuliśmy się jak publiczność na nagraniu Sylwestra z Jedynką?





Taśmy prawdy z Tasmanii

9 dni na Tasmanii to za dużo i za mało jednocześnie. Ale w sam raz, żeby nakręcić takie oto video.

Więcej w następnym wpisie. Wersja robocza utworzona, tytuł wymyślony, zdjęcia wstawione. Tylko tekst nie napisany.